Przejdź do głównej zawartości

Polecane

Mix Tura - Muduko

  Życie pokazało, że w pracy mogą od nas wymagać wielu różnych i dziwnych rzeczy. Nic nie przebije jednak tego co spotka nas w grze Mix tura. Oto bowiem wcielamy się w niej w gobliny, które testują dla Wiedźmy przeróżne eliksiry. Nie oszukujmy się, nie uświadczymy tu żadnych zasad BHP, ba co więcej – większość płynów, które wypijemy przenoszą nas na „tamten świat”. Ale spokojnie, niejednokrotnie wrócimy do żywych. N wstępie rozgrywki każdy z graczy otrzymuje cztery eliksiry, jeden zabójczy i trzy bezpieczne (w późniejszym czasie stosunek ten zmieni się na jeden do jednego) oraz pojedyncze antidotum. Ustawiamy je rewersem do góry. Podczas swojej tury gracz ciągnie kartę ze stosu i odczytuje instrukcję w niej zawartą. Każdy z graczy, którego dotyczy odczytany tekst pije jeden ze swoich eliksirów. Jeżeli wybrał bezpieczny może spać spokojnie (do czasu), jeżeli ten drugi to… no cóż odwraca swoją kartę goblina na stronę ducha. Od teraz nie pije eliksirów, jednak gdy przyjdzie jego kolej n

Shazam (2018-2020)




,,Przebłyski kunsztu i wielkie rozczarowanie"

          Fanem Kapitana Marvela (Shazama) byłem już zanim to stało się względnie modne w naszym kraju. Dziś większość odbiorców superbohaterszczyzny rozpoznaje tego herosa, a popularyzacją komiksów o nim zajmuje się np. recenzentka i prelegentka - Egzaltowana (pozdrawiam! ;-)). Kiedy odkryłem Kapitana Marvela informacji o nim w polskojęzycznym Internecie było w przybliżeniu 0... a autorzy polskich dialogów do kreskówki ,,Justice League Unlimited" tłumaczyli ,,SHAZAM!" jako ,,OGIEŃ!" (sic! Kto nie wierzy niech sprawdzi odcinek 20. pt. ,,Starcie").

          Rok 2018 był więc dla mnie niezwykle szczęśliwy – w przygotowaniu była ekranizacja przygód Shazama, a Geoff Johns zapowiedział, że zabiera się za regularną serię komiksów z tym bohaterem. Wcześniej, w 2012 r., ten właśnie autor napisał origin story Shazama (polskie wydanie w 2015 r. przygotował Egmont). Komiks Johnsa z 2012 r. to niezła historia i kreatywne podejście do mitologii głównego bohatera (notabene – film ,,Shazam" to niemalże dokładna ekranizacja tego właśnie komiksu). Nic więc dziwnego, że gdy Geoff Johns zarzekał się, że ma pomysły na liczącą wiele zeszytów kontynuację, a ilustracjami zajmie się świetny Dale Eaglesham, byłem mocno podekscytowany!...

          ...No, a potem zaczęły się ambiwalentne uczucia. Już pierwszy zeszyt zapowiedzianej serii wjechał ze sporym opóźnieniem, a później było z tym coraz gorzej... Poza tym, Eaglesham ,,zniknął" już od 2. numeru (by powrócić nieco później). O ile jeszcze rysunki Marca Santucciego trzymają poziom, to te od Scotta Kolinsa znacznie odstają stylem... i klasą. Lektura zeszytu 5., ilustrowanego ,,po kawałku" przez czterech autorów (!), była niełatwą przeprawą i estetycznym zgrzytem. Dramat! Niestety przeplatanie rysunków Eagleshama i Santucciego tymi od Kolinsa pojawiało się jeszcze w kolejnych zeszytach, aż do końca... Jakby tego było mało, ok 10. numeru Geoff Johns oświadczył, że nie ma czasu i musi zakończyć swój run... DC wyznaczyło nowy zespół kreatywny dla tej serii w składzie – Jeff Loveness i Brandon Peterson... Po numerze 11. run Johnsa został przerwany, w 12. dostaliśmy filler od Lovenessa i Petersona, numery 13-14 to przygotowane ,,na łeb, na szyję" zakończenie historii Johnsa, a numer 15. - jeszcze jedna historyjka od Lovenessa... i koniec.

        Muszę powiedzieć, że dla mnie, jako fana Shazama to prawdziwy dramat. Najpopularniejszy bohater Złotej Ery (spod loga Fawcett Comics), najpierw został zniszczony przez DC (to zupełnie inna historia i w tej recenzji nie ma miejsca na jej przybliżenie), a potem wykupiony przez to wydawnictwo. W międzyczasie trademark ,,Kapitan Marvel" został zastrzeżony przez... Marvel Comics i dzisiaj kojarzy się on z Carol Danvers. W 2012 r. Geoff Johns zmienił tytuł Kapitana na ,,Shazam" (akurat w czasie, gdy coraz popularniejsza stawała się aplikacja muzyczna o tej samej nazwie!)... Na domiar złego, gdy po 18 latach, w 2018 r., fani Kapitana Marvela otrzymali w końcu regularną serię komiksową... ta dociągnęła jedynie do 15 numerów, po drodze zaliczając liczne opóźnienia, zmiany rysowników i dwa runy, z których jeden został przedwcześnie zakończony, a drugi nie zdążył pokazać praktycznie niczego! DC, serio?...

          Dobrze, popłakałem nad tym jak Kapitan Marvel i jego fani mają w życiu ciężko ;-), to teraz pora skupić się na pozytywach; do tych bez wątpienia zaliczają się oba runy (choć w przypadku dwóch zeszytów od Lovenessa termin ,,run" to nadużycie).

          Geoff Johns w ,,Shazamie", momentami udowadnia jak dobrym jest scenarzystą. Otrzymujemy od niego miłą, rodzinną atmosferę domu Vasquezów oraz dramat związany z pojawiającym się biologicznym ojcem Billy'ego (moim zdaniem kapitalnie poprowadzony wątek, na finiszu potrafiący doprowadzić do łez). Johns umiejętnie wprowadza ikonicznych przeciwników Shazama – Doktora Sivanę, Mr. Minda oraz Czarnego Adama (którego ostatecznie ugruntowuje jako anty-bohatera, ewidentnie pod nadchodzący film z Dwaynem Johnsonem). Całość narracji jest płynnie połączona z baśniowym klimatem [z elementami horroru] rodem z ,,Czarnoksiężnika z Krainy Oz" czy ,,Alicji z Krainy Czarów" (notabene – z serii dowiadujemy się, że Kraina Oz/Kraina Czarów stanowi integralną część Uniwersum DC! :-D). Znalazło się też miejsce na płynne wprowadzenie bardzo klasycznej wersji tygrysa Tawky Tawny'ego. Mamy także rozważania o dzieciństwie i dorosłości oraz wspaniały motyw Billy'ego, który, wbrew Czarodziejowi, znajduje ,,trzecie wyjście" z niemożliwej sytuacji (na marginesie – nietypowe i bardzo mało ,,klasyczne" przedstawienie relacji Billy'ego z Czarodziejem jest godne polecenia). Johns wprowadza nawet swojego ulubionego złoczyńcę – Superboya Prime, ale na porządne rozwinięcie jego wątku brakuje mu już czasu...

        Plusem historii Johnsa na pewno są też ilustracje Eagleshama oraz, nawiązujące do klasyki, okładki. W tym miejscu chcę podkreślić, że Dale Eaglesham to mój ulubiony rysownik rodziny Shazam. Jego rysunki lubię bardziej nawet od prac autora redesignu Shazama – Gary'ego Franka.

          Dwa zeszyty Lovenessa to, z kolei, sympatyczne one-shoty. Dostaliśmy od niego team-up Billy'ego z Batmanem oraz świetną historię ,,na do widzenia", przypominającą mi nieco klimatem ,,Shazam: The Power of Hope" Alexa Rossa; a wszystko to bardzo ładnie zilustrowane przez Brandona Petersona... Po przeczytaniu ostatniego zeszytu pomyślałem - ,,Kurka! Naprawdę szkoda, że nie dostaniemy więcej Shazama od tego duetu!"... Niestety, seria została anulowana... Czy to koronawirus wykończył Shazama?... Nawet jeśli, to żadne z tego pocieszenie!

          Najnowszą serię ,,Shazam" żegnam więc z rozczarowaniem... Po pierwsze, żal tych wszystkich opóźnień, zeszytów rysowanych ,,na raty", kończonej na prędce historii Johnsa i niewykorzystanego potencjału Lovenessa. Po drugie – szkoda, że to już koniec, bo run Johnsa był naprawdę niezły, a zeszyty Lovenessa dawały wrażenie, że ,,czuje" on Shazama i mógłby dać nam wiele fajnych historii...
Cóż... Pozostaje czekać... Na horyzoncie mamy dwa ,,shazamowe" filmy - ,,Shazam! Fury of the Gods" oraz ,,Black Adam", toteż może i w komiksach coś się odmieni... W końcu Shazam posiada wytrzymałość Atlasa... więc i jego fani powinni ćwiczyć się w wytrzymałości. ;-P




Komentarze

Popularne posty

Łączna liczba wyświetleń