"Czarna Orchidea" Neil Gaiman, Dave McKean

 


          Podczas czytania komiksów, oglądania seriali i filmów, niejednokrotnie łapałem się na myśli - ,,Dlaczego ten złoczyńca nie kończy sprawy od razu? Dlaczego marnuje czas na idiotycznym monologu? Dlaczego pozostawia bohatera przy życiu, dając mu czas i sposobność wymknięcia się?”... ,,Czarna Orchidea” zaczyna się znacznie bardziej realistycznie – tutaj czarny charakter bezwzględnie i szybko zabija tytułową bohaterkę, pieczołowicie upewniając się czy należycie wykonał zadanie. Od tego zaczyna się ,,Czarna Orchidea”; mocniejsze niż tablica rozbita na głowie Jokera Joaquina Phoenixa...

          Zanim przejdę do informacji o autorach i publikacji oraz właściwej recenzji, chciałbym napisać słówko o samej bohaterce – Czarnej Orchidei. Na dany moment – w uniwersum DC – pod tym pseudonimem działały cztery superbohaterki. Najnowsza publikacja Egmontu przedstawia pierwszą z nich, tę oryginalną - Susan Linden-Thorne.

        Czarna Orchidea stworzona w 1973 r., na łamach ,,Adventure Comics” przez Sheldona Mayera i Tony'ego DeZuniga to ,,trzecioligowa” superbohaterka z uniwersum DC... Wpisując hasło ,,Czarna Orchidea” w wyszukiwarce Google znajdziecie... przede wszystkim odesłania do filmu z Sophią Loren z 1958 r... :-D Ja Czarną Orchideę poznałem... w serialu animowanym ,,Batman: The Brave and the Bold”, gdzie nie otrzymała pełnoprawnego odcinka, a jedynie trwający 2,5 minuty filler... Niewiele więc wiadomo o tej bohaterce, co idzie w parze z tym, że... przez pierwsze 15 lat pojawiała się w komiksach bez zaprezentowania klasycznego origin story... Istniały jedynie wykluczające się wersje, tropy, jak u Jokera Heatha Ledgera... aż do czasu, gdy Neil Gaiman napisał 3-zeszytową mini-serię, obecnie wydaną zbiorczo przez Egmont.

          Neil Gaiman (znany przede wszystkim z serii ,,Sandman”) wraz z Dave'm McKeanen w 1988 r. stworzyli Czarną Orchideę niejako na nowo; odtąd nie da się już opisywać tej bohaterki bez odniesienia do ich dzieła. Gaiman uczynił ją czymś więcej, czymś innym niż superbohaterką – Czarna Orchidea Gaimana to prawdziwa mandragora – ludzko-roślinna hybryda...

         Cała historia zaczyna się od mocnego uderzenia, o którym wspomniałem już na początku tego tekstu... Czarna Orchidea zostaje bezwzględnie zabita... ale chwilę później widzimy żywą Czarną Orchideę – w zupełnie innym miejscu (zresztą po lekturze pierwszego rozdziału pozostaje wiele niewiadomych)... Autor dokonuje dekompozycji konwencji komiksu superbohaterskiego, niejednokrotnie wskazując na jej różne absurdy oraz kult przemocy. Czarna Orchidea nie walczy swoimi pięściami o sprawiedliwość (jakże to kontrastuje przy jej spotkaniu z Batmanem!)... Ona walczy, by skończyła się przemoc, by było inaczej (o ile to w ogóle możliwe)... Gaiman napisał ,,komiks superbohaterski” będący komiksem ,,anty-superbohaterskim”. Przypomina mi to nieco film ,,Funny Games” Michaela Haneke - ,,horror”, który nokautuje konwencję horrorów.

          Równocześnie całość jest mocno osadzona w uniwersum DC. Mamy tu wiele rozpoznawalnych postaci – swoją rolę odgrywa Lex Luthor (świetnie wykreowany!), na chwilę pojawia się Batman (a w Arkham możemy zobaczyć nawet Jokera), obecni są Potwór z Bagien (rola dość istotna, choć krótka), Trujący Bluszcz; słyszymy o Gotham, o Metropolis...

          Zasadniczo wszystkie postacie są bardzo wyraziste, ludzkie, nader realistyczne... co pięknie kontrastuje z prowadzoną ,,skokowo” narracją (ciągłe przejścia od myśli i działań Czarnej Orchidei do tego co dzieje się równocześnie w innych miejscach). Mało tego, Gaiman serwuje nam również retrospekcje, które bywają czymś ,,pośrednim” (nie chcę robić spoilerów co łączy Susan Linden z Czarną Orchideą ani pisać czy rzeczywiście superbohaterkę tę możemy określać tym imieniem i nazwiskiem...). Całokształt daje nam obraz bardzo oniryczny (tak! <3), przypominający koszmar (scena morderstwa Susan Linden – i nie chodzi tu o pierwszą scenę komiksu!). Klimat ten wzmacnia przepełniająca komiks amerykańska muzyka lat 50-70...

          Gaiman stworzył dzieło smutne, melancholijne, nostalgiczne, ciężkie... ale nie pozbawione nadziei. Przywołam tu trzy przykłady:
Wizyta Czarnej Orchidei w azylu Arkham... Całość bezpośrednio nawiązuje do ,,Boskiej Komedii” Dantego; występujący w roli przewodnika-Wergiliusza... Szalony Kapelusznik prowadzi Orchideę na same dno więzienia... U Dantego w środku piekła znajdowali się zdrajcy... U Gaimana na dnie znajdowała się Trujący Bluszcz... Ale czy ona kogoś zdradziła? Siebie?... Przyjaciół?...
,,Boska Komedia” nie kończy się na piekle, a podróż Orchidei do Arkham na nieudanym spotkaniu z Ivy. Przygoda w Azylu kończy się przebłyskiem nadziei – na okazaną życzliwość Kapelusznika, Orchidea odpowiada dobrem i spełnia jego marzenie...
Istotne jest także wybaczenie i uratowanie własnego zabójcy przez Orchideę (tak, zdaję sobie sprawę z oksymoronu, ale taki jest ten komiks!). Przynosi to niespodziewany, pozytywny efekt na zakończenie historii...
Dla mnie znakiem nadziei jest też nieoczywista klamra kompozycyjna (znów nie będę robił spoilerów). Klamra, która zamyka historię (ale czy na pewno?), otwierając pole do refleksji filozoficzno-teologicznej... Zmartwychwstanie? Reinkarnacja? Raj i szczęście? Śmierć? Klamra ta przywodzi na myśl nieco ,,Małego Księcia”...    

          Wartość komiksu Gaimana nie byłaby jednak tak wysoka, gdyby nie kapitalne rysunki Dave'a McKeane'a. Jego styl to foto-realizm, ale foto-realizm inny od tego Alexa Rossa. McKean kapitalnie obrazuje koszmar (przyjrzyjcie się twarzom oprawców!)... Poza tym efekt wzmacnia wspaniała gra kolorem - ,,partie Orchidei” to głównie fiolet i zieleń, natomiast ,,pozostałe partie” - to przede wszystkim czerń i biel (noir!); jeszcze inaczej narysowane są niektóre retrospekcje – odsyłam do wzruszających wspomnień Phila.

          Cóż, Egmont nas rozpieszcza! Kolejny świetny komiks wydany w języku polskim! Dzieło, które śmiało mogę ocenić na 8,5/10. Jakość wydania oczywiście bez zarzutu! A nawet ostry zapach tuszu wzmacniał recepcję dzieła ;-P. Poza tym – w prezencie otrzymaliśmy garść notatek Neila Gaimana!
Dziękuję za egzemplarz udostępniony do recenzji.

Szczerze polecam – kapitalna lektura, szczególnie na wielkanocny czas!

Komentarze

Popularne posty

Łączna liczba wyświetleń